Jeśli planujesz prowadzić firmę na Islandii albo chcesz w jakikolwiek sposób funkcjonować na tym rynku musisz pamiętać, że to dumny, ale i otwarty naród.

Już tłumaczę co to oznacza.

Odrobina nacjonalizmu w biznesie

Względnie niedawno (bo w 1944 roku) Islandia wyzwoliła się z spod duńskiego protektoratu. Znajduje się pośrodku oceanu pomiędzy dwoma kontynentami z ogromnym wpływem języka angielskiego. Do tego są małym krajem o małej liczbie ludności. Jednak mocno kultywują własny język.

Na szczęście są też otwarci i chętnie witają wszystko co nowe i nieznane (zwłaszcza jeśli nie mają islandzkiego odpowiednika). Jest jeszcze jeden powód ich otwartości – nie są samowystarczalni. Będąc wyspą o ograniczonych zasobach ziemi, ludzi i materiałów są niejako zmuszeni do bycia otwartymi. W konsekwencji importują potężne ilości produktów, paradoksalnie najwięcej z Danii, ale też z Norwegii Niemiec, USA czy Chin.

To zaczyna trochę wyjaśniać. Tak bardzo jak są nastawieni na ochronę swojego języka przed obcymi wpływami podobnie podchodzą w kwestii lokalnych produktów czy firm. To dlatego jest Menu a nie McDonald’s, Lögreglan a nie Policja i (mój ulubiony) Leðurblökumaðurinn nie Batman 😉

Super. Teraz wiemy nieco więcej o Islandczykach, ale co to znaczy dla nas?
Czy to oznacza, że aby robić biznes na Islandii pierwsze co powinniśmy zrobić to zapisać się na kurs islandzkiego?

Nie tylko język

Na pewno by się przydał, ale na szczęście nie jest to konieczne. Praktycznie wszyscy Islandczycy mówią biegle po angielsku. Głównie za sprawą 40,000 żołnierzy amerykańskich, którzy stacjonowali na Islandii podczas II Wojny Światowej (i zostali aż do 2006 roku). Także za sprawą programów telewizyjnych po angielsku (tylko z islandzkimi napisami) oraz nauce angielskiego w szkołach od najmłodszych lat (razem z duńskim). Angielski jest też wszechobecny w Internecie, literaturze czy instrukcjach obsługi.

Bardziej chodzi o małe rzeczy, jak islandzka domena (.is) czy pojedyncze islandzkie słowa przyciągające uwagę na plakatach czy w kampaniach na Facebook’u. O tyle o ile warto zadbać o islandzką wersję naszej strony, jest to dość kosztowne! Przynajmniej u dostawcy, u którego przeważnie kupuję domeny. Na szczęście znalazłem islandzkie źródło domen gdzie można je kupić za rozsądne pieniądze – www.isnic.is. Czasem są też problemy z przekierowaniem hostingu dlatego podaję też link do taniego lokalnego dostawcy – www.x.is. By użyć paru zwrotów w reklamach możemy albo zatrudnić firmę tłumaczeniową albo na początek poprosić kogoś o to na Facebook’u lub wśród studentów. Prawdą jest, że wszyscy Islandczycy znają angielski więc takie działania powinny być traktowane w kategoriach dopieszczania klientów. Dopóki nie zaczniemy dostawać coraz więcej dokumentów po islandzku. Wtedy zdecydowanie powinniśmy rozważyć stałą współpracę z tłumaczem lub kurs języka.

Międzynarodowa postawa

Tak na prawdę to tendencja jest odwrotna – to Islandczycy zabiegają o względy klientów i firm zagranicznych. Ich kierunki to Kanada, Stany i Europa. Szukają inwestorów za wodą zachęcając licznymi ulgami podatkowymi i finansowymi. Stąd, wszystko zależy od oferowanych usług lub produktów, ale nie powinno być problemu z prowadzeniem firmy po angielsku.

Z drugiej strony, znając ich tendencję do wybierania swoich produktów nad obce warto na początku sprawdzić czy nie ma już lokalnego odpowiednika a jeśli jest to jaki jest na niego popyt. Szczególnie jest to ważne jeśli chodzi o produkty spożywcze co jest widoczne na filmie o Restauracji przy Czarnej Plaży – jak dużą wagę przywiązują do właściwego doboru lokalnych mięs i warzyw.